Cz. 7 Dingač-Borak - z "piekła" do "nieba"

Na Peljesaču jest tyle niezwykłych miejsc, że aby mieć szanse je wszystkie zobaczyć, trzeba się trochę najeździć.
Plan na ten dzień zakładał wycieczkę ze szczyptą adrenaliny.
Parę osób przestrzegało nas przed czekającymi po drodze atrakcjami, dlatego tym bardziej nie mogliśmy się ich doczekać.
Po kilkunastu kilometrach jazdy, przy bardzo charakterystycznej winnicy zjechaliśmy z głównej drogi w prawo...
I oto naszym oczom ukazała się pierwsza niespodzianka... złowrogi tunel...
Wykuty w skale, wąski, ciemny, długi, wyglądał jak autostrada do piekła...
Lecz tlące się w oddali małe, jasne światełko, świadczyć mogło raczej, że to być może jest Czyściec, po przejechaniu którego dostąpimy łaski ujrzenia Raju...
No cóż trzeba było zaryzykować, raz się żyje, zobaczymy co jest nam pisane...
"Oczyszczający przejazd" dostarczył nam oczekiwaną dawkę emocji.
Było dość klaustrofobicznie...
Lecz owe nieśmiałe z początku światełko, z każdą sekundą stawało się coraz intensywniejsze i większe, dając nadzieję na upragniony Eden...
Udało się...
Próba ciemności zakończyła się sukcesem...  
Naszym oczom ukazało się niebo...  
Nie...
To to jednak nie było niebo, lecz bezkresny Adriatyk.
Jego ogrom, widziany z perspektywy wysokiego urwiska, za tunelem, sprawiał takie złudne wrażenie.
Podziwianie tych cudnych widoków ukoiło nasze skołatane strachem serca  
Mało tego...  
Dostąpiliśmy tam również "objawienia"...
Ujrzeliśmy...
...delfina  
Dostojnie, wręcz majestatycznie przeszywającego morskie fale, dającego popis swej zwinności i gracji...
Dalsza droga to już "tylko"  ...
slalom gigant w dół...
Byłaby niezwykła okazja do ustanowienia "rekordu trasy", lecz jednej osobie z naszego tercetu bardzo, ale to bardzo na tym nie zależało...   
No cóż... chociaż miałem okazję zabawić się w... testera hamulców samochodowych w naszym aucie  
...Dojechaliśmy... Uff...
Co to były za emocje...   
Prawie jak podczas turnieju...
... szachowego  
Miasteczko Borak jest bardzo spokojną, romantyczną osadą.
W swej centralnej części posiada uroczą (nie jedyną) plażyczkę.
Trafiliśmy akurat na dosyć duże fale, które rozbijając się o skałki tworzyły fotogeniczną bryzę.
Kawałek dalej, przy drugiej plaży, na skraju skarpy stała mała, lecz gustownie urządzona knajpka....
Nie mogliśmy sobie odmówić spędzenia w niej paru chwil...
Były to chyba najcudowniejsze chwile podczas tych wakacji.
Stolik przy stromym urwisku, pyszna kawa i lody, bajeczny widok na morze i góry, no i to NIEBO...
Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem...
Gdy tak siedzieliśmy, rozmarzeni i szczęśliwi, delektując się swoim towarzystwem, nastąpiło coś niesamowitego...
Skryte za chmurami, przykrywającymi szczelnie niebo, popołudniowe słońce, zafundowało nam niezwykle imponujący spektakl.
Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki niebo w jednej chwili się rozstąpiło, a intensywny promień słońca przedzierając się przez nie uderzył swym blaskiem w tafle Jadranu...
Wyglądało to jak znak z Niebios, które w ten cudowny sposób chciały nam wynagrodzić niedogodności jakimi nas doświadczyły w podróży przez piekielny tunel...
Bylo naprawdę cudownie...
Pożegnaliśmy Borak szczęśliwi...
Wystarczyło już tylko wrócić tą samą drogą do Orebiča...
Ale teraz to był już dla nas pikuś...  
Cdn...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga